Widząc jak strażnicy padają na ziemię, taplając się we własnej krwi zmieszanej z piaskiem, na moją twarz wpełzł skromny uśmiech. Co chwilę dochodzili kolejni, padali jak muchy. W przeciwieństwie do kobiety, umieją tyle co nic, to wyszkolona zabójczyni. Kiedy w końcu uchwycili Verdandi, zaczęli zwlekać ją ze sceny. Nawet z jej umiejętnościami, jest tutaj za dużo straży by uciec. Zerknąłem obok siebie na Noctisa, oraz wątpię bym tylko ja przybył z bardzo silnym rycerzem, który ruszyłby by ją powstrzymać. Kiedy ciągnięta za włosy kobieta zniknęła za kratami służącymi za bramę, dałem znak przyjacielowi, że idziemy. Zeszliśmy pod arenę i przy zapachu stęchlizny kierowaliśmy się w stronę okrzyków. Był to kobiecy głos i ewidentnie jego właścicielka nie śpiewała sobie piosenki. Kiedy znaleźliśmy się bliżej zobaczyliśmy wielkiego, grubego faceta okładającego biczem walczącą przed chwilą na scenie wojowniczkę.
- Co ty sobie myślisz?! - Wykrzyknął uderzając kolejny raz, w ten sposób otwierając ranę na ciele kobiety - Ty głupia suko zabiłaś dziesięciu moich strażników! - Zamachnął się kolejny raz, jednak ręka Noctisa go powstrzymała
- Zaprzestań i stad odejdź - Powiedziałem, a przerażony mężczyzna ukłonił się i natychmiastowo się wycofał, przepraszając
- Tak panie, już znikam z twych oczu! - Dałem znak Noctisowi by poszedł za nim, ale ten nie był pewny, czy może zostawić mnie sam na sam z kobietą. Krwawiła, straciła mnóstwo krwi, nawet jakby chciała, nie mogłaby mnie zabić.
- Wszystko w porządku? - Powiedziałem do dziewczyny z widoczną troską
- Kim jesteś, że nazywają cię panem? - Warknęła wściekle wypluwając pod moje nogi mieszaninę śliny i krwi
- Przed zadawaniem jakichkolwiek pytań wolałbym słowo "dziękuję" - Uśmiechnąłem się miło patrząc w jej szkarłatne przenikające mnie oczy
- Powiedz coś takiego jeszcze raz, a plunę Ci prosto w twarz szlacheckie ścierwo... - Warknęła złowrogo, a ja z zadowoleniem przykucnąłem przed nią
- Szlacheckie ścierwo, nie potrafiłoby przed tobą przykucnąć, bo chcą pokazać swoją wyższość, nawet stanie nad leżącym im nie wystarcza - Dziewczyna pokazała chwilowe zdziwienie, jednak zaraz na nowo była nieufna - Pozwoliłabyś, bym cie opatrzył? - Zapytałem patrząc na kilka głębokich ran, z których sączyła się krew
- Nie zbliżaj się do mnie - Warknęła, a ja pokiwałem przecząco głową by pokazać moje niezadowolenie, a raczej niezrozumienie jej głupoty
- Rozumiem duma, dumą, ale nie stracisz honoru, gdy ktoś uratuje Ci życie - Stwierdziłem - Jedna skażona rana i możesz umierać i to bardzo boleśnie, gorączka, zżerający cię od środka ból - Rozejrzałem się patrząc na warunki tutaj - W dodatku broń twoich przeciwników nie była czysta, wyjętą idealnie wypolerowaną od niewolników, cały czas zwiększa się ryzyko - Podkreślałem, a Verdandi nieufnie wyprostowała nogę w moim kierunku, na której była ciągła, niegłęboka rana. Z uśmiechem złapałem za ścierkę i zamoczyłem ją w czystej wodzie, którą przyniosłem ze sobą. Położyłem jak najdelikatniej ścierkę na jej ranie i przetarłem kilkukrotnie. W pewnym momencie kobieta chciała uderzyć mnie z całej siły w twarz, lecz zatrzymałem jej rozpędzoną nogę - Nie wierć się - Powiedziałem udając jakby nic się nie stało i nasmarowałem specjalną maścią ranę, a kobieta syknęła - Piecze? - Zapytałem zerkając co jakiś czas na wyraz jej twarzy. Dziewczyna się nie odzywała, a gdy obandażowałem jej nogę, stała się na tyle potulna ile umiała i pozwoliła się sobą zająć.
- Czemu to robisz? - Zapytała gdy czyściłem ranę na ramieniu
- Bez powodu - Uśmiechnąłem się, a ta zmarszczyła brwi
- I czego się szczerzysz? - Fuknęła, a ja wyprostowałem na chwile obolałe plecy i otarłem pot z czoła, miała liczne zadrapania, którymi też trzeba było się zająć, w końcu musi być w pełni sił na turnieju
- W sumie mam dla Ciebie propozycje, a raczej prośbę - Nastał kontakt wzrokowy, który było trudno utrzymać z tą dziewczyną, ale wygrywałem jedynie dzięki szczeremu uśmiechowi, którego Verdandi nie mogła znieść - Chciałbyś reprezentować mnie na turnieju? - Spytałem, nakładając kolejne opatrunki
- A więc dlatego to robisz? - Zaśmiała się ironicznie - Wiedziałam, że coś w tym jest - Kiedy kobieta dostrzegła moje widocznie zagniewane spojrzenie, ewidentnie nie ukrywała zdziwienia, najprawdopodobniej myślała, że odpowiem uśmiechem i tekstem "Masz mnie haha"
- Nie chcę Cię wybrać, bez twojej zgody - Rozluźniłem się i usunąłem z ciała niepotrzebne napięcie - To twoja okazja, odzyskania wolności - Stwierdziłem znowu się uśmiechając - Nie czuję ogromnej potrzeby wygrania... - Chciałem kontynuować, lecz Verdandi mi przerwała
- W takim razie, wybierasz mnie bym mogła wygrać, tak? - Spojrzała na mnie kątem oka - To bez sensu, mogłabym wygrać nieważne kto by mnie wybrał, w dodatku chciałbyś by taka zabójczyni jak ja wróciła na wolność? To oczywiste, że chcesz wygrać, nie próbuj zamydlić mi oczu - Kobieta pokazywała jak mocno stąpa po ziemi, realistka
- Masz racje, nikt nie chce byś wróciła na wolność, dlatego nikt cie nie wybierze - Wstałem, kiedy opatrzyłem wszystkie jej rany - A nawet jak znajdzie się ktoś taki, jakiś szlachcic rządny sławy, to wybierając cie zdradzi króla, który głęboko cię nienawidzi i podstępami doprowadzą do tego, że szybko zginiesz... ze mną masz największe szanse na przetrwanie - Stanąłem na przeciwko niej, a kobieta powoli się podniosła
- Niby czemu...? - Fuknęła złowrogo - Czemu mam Ci ufać?! I sam chcesz się narazić na nienawiść króla? - Zaczęła gwałtownie podnosić ton swojego głosu
- Nie narażę się - Uśmiechnąłem się do kobiety - Ponieważ jestem jego synem... Mobius Hevinton do usług - Nie miałem przy sobie miecza, byłem bezbronny, ale wiedziałem, że kobieta nie jest tak głupia by przegapić taką okazję, gdyby mnie tu zabiła, nie przyniosło by jej to ulgi, gdyż jestem tylko potomkiem tyrana. A odzyskując wolność, ma dużo większy rozrzut możliwości.
<Verdandi?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz